— Idźcie ją zapytać — rzekł Morrel, wyrażając myśl zawartą w spojrzeniu Noirtiera.

Lokaj wyszedł i natychmiast wrócił.

— Panienka Valentine, idąc do pani de Villefort, wstąpiła do swojego pokoju — rzekł a ponieważ chciało się jej pić, wypiła wszystko, co zostało w szklance. Wodę z karafki wylał panicz Edward — robił staw dla swoich kaczek.

Noirtier wzniósł oczy do nieba, niczym gracz, który stawia wszystko na jedną kartę. Po czym utkwił wzrok w drzwiach i już go od nich nie odrywał.

Tak jak zdawało się Valentine, były to rzeczywiście pani Danglars i Eugenia. Poprowadzono je do pokoju pani de Villefort. Dlatego właśnie Valentine wstąpiła do swojego pokoju: od pokoju macochy dzielił ją tylko pokój Edwardka.

Kobiety weszły do salonu z miną uroczystą, jaką przybiera ktoś, kto ma oznajmić jakąś oficjalną wiadomość. Ludzie z tej samej sfery wyczuwają takie niuanse — i pani de Villefort przybrała taką samą uroczystą pozę.

W tym momencie weszła Valentine i znów zaczęły się reweransy.

— Droga przyjaciółko — odezwała się pani Danglars, gdy dziewczęta chwyciły się za ręce — przyjechałyśmy z Eugenią, aby oznajmić, że niebawem nastąpi ślub mojej córki z księciem Cavalcanti.

Danglars podkreślał tytuł Cavalcantiego. Bankier, stronnik ludu, uznał, że książę to znacznie lepiej niż hrabia.

— A więc pozwól, bym ci złożyła najszczersze gratulacje — odpowiedziała pani de Villefort. — Książę Cavalcanti, jak mi się wydaje, to młody człowiek pełen rzadkich cnót.