— Proszę posłuchać, droga przyjaciółko — uśmiechnęła się baronowa — mówiąc między nami, książę jeszcze nie rozwinął swoich możliwości tak, jak rozwinie. Ma w sobie trochę cudzoziemszczyzny, którą każdy Francuz rozpozna na pierwszy rzut oka u szlachcica włoskiego czy niemieckiego. Ale wygląda na to, że ma dobre serce, jest błyskotliwy... a jeśli chodzi o pozycję, to mój mąż utrzymuje, że ma ogromny majątek. Tak mi powiedział.
— A poza tym — wtrąciła Eugenia, kartkując album pani de Villefort — dodaj, mamo, że masz szczególną słabość do tego młodzieńca.
— A nie potrzebuję chyba pytać — rzekła pani de Villefort — czy ty, Eugenio, też masz do niego słabość?
— Ja? Ależ nie, wcale — odparła Eugenia, jak zwykle prosto z mostu. — Moim powołaniem nie są więzy małżeńskie i podporządkowanie się kaprysom mężczyzny, kimkolwiek by był. Moim powołaniem jest poświęcić się sztuce, a więc moje serce, osoba i myśli muszą być wolne.
Eugenia wypowiedziała te słowa tonem tak ostrym i stanowczym, że Valentine zarumieniła się. Nieśmiała dziewczyna nie mogła pojąć tej energicznej natury, która jakby zupełnie wyzbyła się kobiecej powściągliwości.
— Zresztą — ciągnęła Eugenia — jeśli już muszę wyjść za mąż, po dobrej czy złej woli, powinnam podziękować Opatrzności za wzgardę, jaką mi okazał pan Albert de Morcerf. Gdyby nie Opatrzność, byłabym dziś żoną człowieka okrytego hańbą.
— To prawda — dodała baronowa z ową naiwnością, którą można czasem spotkać u wielkich dam, a której nie tracą, nawet gdy przestają z ludźmi z gminu — to prawda. Gdyby nie to, że Morcerfowie się wahali, Eugenia wyszłaby za Alberta. Generałowi na tym bardzo zależało, był nawet u nas i próbował przymusić mojego męża.
— Ale przecież — wtrąciła nieśmiało Valentine — czy hańba ojca spada na syna? Zdaje mi się, że pan Albert nie jest winien zdrady, jakiej dopuścił się generał.
— Wybacz, kochana — rzekła nieugięta Eugenia — pan Albert zasługuje na swój udział w hańbie i sam się o to upomniał. Wczoraj w Operze wyzwał hrabiego Monte Christo, a dziś, tuż przed pojedynkiem, przeprosił go.
— Niemożliwe! — zawołała pani de Villefort.