— O, droga przyjaciółko — odezwała się pani Danglars, wciąż z tą samą naiwnością — to pewne, powiedział mi o tym pan Debray, który przy tym był.
Valentine wiedziała, jak się miały rzeczy, ale nie odezwała się słowem. Przez tę rozmowę ożyły w niej wspomnienia — i myślami przeniosła się do pokoju pana Noirtier, gdzie czekał na nią Maksymilian. Zatopiona w rozmyślaniach, przestała interesować się rozmową. Nie byłaby nawet w stanie powtórzyć, o czym mówiono od paru minut; nagle pani Danglars położyła jej dłoń na ramieniu — i wyrwała ja z zadumy.
— Słucham, proszę pani? — zapytała, wzdrygając się pod dotykiem.
— Kochana Valentine, czy przypadkiem nie czujesz się źle? — zapytała baronowa.
— Ja? — rzekła dziewczyna i przeciągnęła dłonią po gorącym czole.
— No tak. Popatrz w lustro. W ciągu minuty na przemian czerwieniłaś się i bladłaś ze cztery razy.
— Rzeczywiście! — zawołała Eugenia. — Jesteś straszliwie blada!
— E, nie martw się, Eugenio, wyglądam tak już od paru dni.
I Valentine, choć nie była zbyt przebiegła, zrozumiała, że to dobry pretekst, aby wyjść.
A pani de Villefort jeszcze jej w tym pomogła.