— Idź, Valentine — rzekła. — Naprawdę źle się czujesz, obie panie wybaczą ci to. Napij się wody, to cię postawi na nogi.

Valentine ucałowała Eugenię, pozdrowiła panią Danglars, która zresztą już szykowała się do wyjścia, i opuściła salon.

— Biedne dziecko — rzekła pani de Villefort, gdy Valentine zniknęła za drzwiami — poważnie się o nią niepokoję. Nie zdziwiłabym się, gdyby nagle ciężko zachorowała.

A tymczasem Valentine, w gorączkowej ekscytacji, z której nie zdawała sobie sprawy, przeszła przez pokój Edwardka, nie odpowiadając na jakąś złośliwą zaczepkę chłopca i doszła przez swoją sypialnię na schodki.

Zeszła już niemal na dół, brakowało tylko trzech stopni, już słyszała głos Maksymiliana — gdy nagle pociemniało jej w oczach, zachwiała się i runęła w dół.

Maksymilian jednym skokiem dopadł drzwi — i ujrzał Valentine leżącą na ziemi. Błyskawicznie porwał ją na ręce i posadził na fotelu. Valentine otwarła oczy.

— Ależ ze mnie gapa, już nie umiem chodzić! Zapomniałam, że są jeszcze trzy schodki! — mówiła gorączkowo.

— Nic sobie nie zrobiłaś? — wykrzyknął Morrel. — O Boże, Boże!

Valentine rozejrzała się wokół: zobaczyła, że w oczach dziadka maluje się straszliwa obawa.

— Nie martw się, dziadziu — rzekła, próbując się uśmiechnąć — nic mi nie jest... zakręciło mi się tylko w głowie, i ot, wszystko.