— Znowu ci się zakręciło w głowie! — rzekł Morrel, składając ręce. — O, proszę cię, uważaj na siebie!

— Ależ nie, to nic takiego, mówię wam, że już mi przeszło. A teraz posłuchaj, Maksymilianie, mam nowinę: za tydzień wychodzi za mąż Eugenia, a za trzy dni będzie wielka feta, przyjęcie zaręczynowe. Jesteśmy zaproszeni, ojciec, macocha, ja... przynajmniej tak zrozumiałam.

— A kiedy my będziemy wreszcie mogli zająć się takimi sprawami? Kochana, masz taki wpływ na dziadka, przekonaj go, aby odpowiedział: wkrótce!

— Czyli liczysz na to, że przyspieszę bieg rzeczy i przypomnę o wszystkim dziadkowi?

— Tak! I na litość, jak najszybciej. Tak długo jak nie będziesz należeć do mnie, będzie mi się zawsze wydawało, że mi się wymkniesz.

— Ejże — odparła Valentine wzdrygając się — naprawdę, jesteś zbyt bojaźliwy jak na oficera, jak na żołnierza, który podobno nie wie, co to lęk. Ha, ha, ha!

I wybuchnęła ostrym, bolesnym śmiechem; ręce jej zesztywniały i wyprostowały się, głowa opadła na oparcie fotela. Znieruchomiała.

Oczy Noirtiera krzyczały na trwogę. Morrel zrozumiał: trzeba było wołać o pomoc. Zatargał sznurem dzwonka. Pokojówka, która była właśnie w sypialni dziewczyny i lokaj — następca Barroisa, wbiegli jednocześnie.

Valentine była tak blada, zimna, tak bez życia, że nie słuchając rozkazów Maksymiliana, ogarnięci strachem, który czuwał bez przerwy nad tym przeklętym domem, wybiegli na korytarz, wrzeszcząc o pomoc.

Pani Danglars i Eugenia właśnie wychodziły. Zdążyły się więc dowiedzieć, jaka była przyczyna tych hałasów.