I zwrócił się znów do Noirtiera:

— Spodziewasz się, że morderca odstąpi od swego zamiaru?

— Nie.

— A więc ma pan nadzieję, że trucizna nie podziała na Valentine.

— Tak.

— Bo przecież to dla pana nic nowego, że ktoś próbował ją otruć?

Starzec dał znak, że nie ma w tej kwestii żadnych wątpliwości.

— A więc skąd ta nadzieja, że Valentine ujdzie śmierci?

Noirtier wlepił wzrok z uporem w jedno miejsce; d’Avrigny spojrzał w tym samym kierunku i zrozumiał, że oczy Noirtiera utkwione były w butelce z lekarstwem, które mu podawano co dzień rano.

— A! — zawołał d’Avrigny, nagle zrozumiawszy — wpadł więc pan na pomysł...