— Ale, ale — odezwał się pan de Boville — nie wybierasz się pan na pogrzeb tej biednej panny de Villefort? Na bulwarze spotkałem kondukt.
— Nie. Od całego tego wypadku z Benedettem czuję się ośmieszony i nie wychodzę z domu.
— Źle pan robi. Przecież nie było w tym pańskiej winy.
— Drogi panie, ktoś o nazwisku tak nieskazitelnym jak moje, musi być bardzo drażliwy.
— Ależ wszyscy bardzo panu współczują, możesz pan być pewien, a już zwłaszcza pańskiej córce.
— Biedna Eugenia — westchnął Danglars. — Wiesz pan, że chce wstąpić do klasztoru?
— Coś podobnego!
— Niestety, taka jest smutna prawda. Na drugi dzień po skandalu wyjechała ze swoją przyjaciółką, zakonnicą. Teraz szuka klasztoru o jakiejś surowej regule we Włoszech lub Hiszpanii.
— To straszne!
I pan de Boville, złożywszy ojcu wyrazy najszczerszego współczucia, wyszedł.