— Chcę, aby sprawiedliwości się stało zadość. Żyję po to, aby karać — dodał, patrząc płomiennym wzrokiem. — Każdą inną kobietę, choćby to była królowa, posłałbym w ręce kata; ale dla ciebie będę bardziej litościwy. Ciebie pytam: czyż nie zachowałaś choć kropelki trucizny łagodniejszej w działaniu, ale za to piorunującej i całkowicie pewnej?
— O przebacz mi, pozwól mi żyć! Pomyśl: jestem twoją żoną!
— Jesteś trucicielką!
— Zaklinam cię na boskie miłosierdzie!... Zaklinam cię w imię naszej miłości!...
— Nie! Nie!
— W imieniu naszego dziecka! Ach, daruj mi życie dla dziecka!
— Nie! Nie! Już powiedziałem. Gdybym ci darował życie, może byś zabiła pewnego dnia i nasze dziecko.
— Ja miałabym zabić mojego syneczka! — zawołała ta straszliwa matka, rzucając się na Villeforta. — Ja miałabym zabić Edwardka!... ha! ha! ha!
I okropny, szatański śmiech, śmiech obłąkanej zakończył te słowa, cichnąc w głuchym rzężeniu.
Pani de Villefort osunęła się na kolana.