Villefort podszedł do niej.
— Pamiętaj, pani — rzekł — że jeśli, gdy wrócę, sprawiedliwości nie stanie się zadość, ja sam panią oskarżę i osobiście zawiozę do więzienia.
Słuchała, dygocząc, przybita, pokonana; i tylko w jej oczach błyszczało życie, kryjąc straszliwy ogień.
— Słyszysz? Idę tam domagać się na zbrodniarzu kary śmierci... Jeżeli zastanę cię przy życiu, noc tę spędzisz już w Conciergerie.
Pani de Villefort westchnęła, opuściły ją nerwy i padła zdruzgotana na ziemię.
Prokuratora jakby tknęła litość, spojrzał na nią mniej surowo, i ukłoniwszy się lekko, rzekł powoli:
— Żegnaj, pani, żegnaj.
Pożegnanie to podziałało na panią de Villefort jak cios śmiertelny.
Zemdlała.
Prokurator wyszedł, a wychodząc, zamknął drzwi na dwa spusty.