108. Posiedzenie sądu

Sprawa Benedetta — jak ją nazywano w sądzie i w salonach — wzbudziła niezmierną sensację. Fałszywy Cavalcanti, bywalec Café de Paris, spotykany często na bulwarze Gandawskim i w Lasku Bulońskim, przez tych kilka miesięcy pozawierał w wielkim świecie mnóstwo znajomości. Gazety roztrząsały jego karierę salonową i więzienną, sprawa budziła więc coraz większą ciekawość, zwłaszcza u ludzi, którzy osobiście zetknęli się z księciem Andreą Cavalcanti. I to zwłaszcza ci ostatni pragnęli za wszelką cenę obejrzeć imć Benedetta, zabójcę swojego kompana z galer.

Wielu uważało, że jeśli nawet Benedetto nie jest ofiarą, to przynajmniej sprawiedliwość pomyliła się co do niego; widziano przecież w Paryżu starszego pana Cavalcanti i spodziewano się, że niebawem pojawi się znowu, aby bronić swojej znakomitej latorośli. Ci, którzy nie widzieli sławetnej czamarki, w której pan Cavalcanti objawił się hrabiemu Monte Christo, pozostawali pod wrażeniem godnej, szlachetnej postawy i towarzyskiego obycia starego patrycjusza.

A wracając do oskarżonego — wielu ludzi zapamiętało go jako miłego, pięknego i hojnego młodzieńca, i wszyscy woleli przypuszczać, że padł ofiarą podłych machinacji ukrytych wrogów, jakich pełno zawsze w wielkim świecie. Wszyscy więc spieszyli na posiedzenie sądu przysięgłych, jedni, aby napatrzeć się widowisku, inni, aby je komentować. Już o siódmej rano przy bramie sądu powstała kolejka, a godzinę przed otwarciem posiedzenia sala była już pełna uprzywilejowanych widzów. W dzień wielkiego procesu, przed wejściem sędziów — a często nawet i później, sala sądowa przypomina jeden wielki salon, w którym spotykają się znajomi; gwarzą ze sobą, jeśli nie siedzą od siebie zbyt daleko — nie wstają, bo przecież mogliby stracić miejsce — lub dają sobie znaki, jeśli dzieli ich zbyt wielki tłum, składający się z pospólstwa, adwokatów i żandarmów.

Był to jeden z owych przepięknych jesiennych dni, które wynagradzają nam brzydkie lub zbyt krótkie lato. Chmury, które tego ranka zasłoniły panu de Villefort wschód słońca, rozproszyły się jak za dotknięciem różdżki i zajaśniał w całym swym czystym blasku pogodny, jeden z ostatnich dni wrześniowych.

Beauchamp, jako jeden z królów prasy, miał i tutaj swój tron; właśnie rozglądał się bacznie na prawo i lewo. Szybko wypatrzył Château-Renauda i Debray’a, którzy tylko co zdobyli łaski jednego z policjantów i przekonali go, aby umieścił się za nimi — choć z urzędu powinien stać między publicznością a sądem. Zacny policjant zwąchał, że rozmawia z sekretarzem ministra i milionerem. Okazał zatem swoim wybitnym sąsiadom najwyższe względy i umożliwił im nawet wizytę u Beauchampa, obiecując, że popilnuje im miejsc.

— No — odezwał się Beauchamp — czyli przyszliśmy zobaczyć naszego przyjaciela?

— Boże! No tak, tak — odparł Debray — tego znakomitego księcia! Niech diabli wezmą tych włoskich książąt!

— A to przecież człowiek, któremu genealogię wypisywał sam Dante, jego korzenie sięgają do Boskiej Komedii!

— Szlachta stryczkowa — stwierdził flegmatycznie Château-Renaud.