— Skażą go, co? — zapytał Debray Beauchampa.

— E, mój kochany — odparł dziennikarz — to chyba ciebie powinniśmy o to pytać, to ty się znasz najlepiej na tym, co w sądzie piszczy. Czy aby nie widziałeś się z przewodniczącym sądu na ostatnim obiadku u ministra?

— No tak.

— I co ci mówił?

— Jak powiem, to się zdziwicie.

— E, no to mówże prędzej, mój drogi, już dawno mi nikt czegoś takiego nie powiedział.

— Powiedział, że Benedetto, którego uważają za arcymistrza podstępu, jest bardzo podrzędnym łotrzykiem, niezbyt inteligentnym. Nie jest godzien tych badań, które frenolodzy po jego śmierci będą wyprawiać nad jego czaszką.

— E — rzekł Beauchamp — nie najgorzej odgrywał rolę księcia.

— Może dla ciebie, Beauchamp, bo nie cierpisz tych nieszczęśliwych książąt, zdaje ci się, że zazwyczaj mają nieszczególne maniery i jesteś zachwycony, ilekroć uda ci się to zauważyć. Ale mnie to nie zwiedzie, bo ja zwęszę szlachcica na milę.

— To nigdy nie wierzyłeś w jego książęcą mitrę?