— Mitrę mógł mieć... Ale księstwa nie.
— Nieźle powiedziane — uśmiechnął się Debray. — Ale zapewniam cię, że dla wszystkich innych mógł uchodzić za arystokratę... Widywałem go na przyjęciach u ministrów.
— No tak — odparł Château-Renaud — bo ci twoi ministrowie właśnie tak się znają na książętach!
— O, to dobre — parsknął śmiechem Beauchamp. — Zdanko krótkie, ale dobre. Mogę tego użyć w mojej kronice?
— Ależ proszę, mój drogi Beauchamp, bierz, ceny nie będę podwyższał — odrzekł Château-Renaud.
— Ale jeżeli ja — zwrócił się Debray do Beauchampa — rozmawiałem z przewodniczącym, to tobie na pewno udało się pogadać z prokuratorem?
— To nie było możliwe. Pan de Villefort od tygodnia siedzi zamknięty w domu; nic bardziej zrozumiałego: taki ciąg zmartwień, a szczytem wszystkiego była ta dziwna śmierć jego córki...
— Dziwna? Co ty opowiadasz! — wtrącił się Château-Renaud.
— No tak, udawaj, że nic nie wiesz, tylko dlatego, że to wszystko stało się szlachcie urzędniczej — odparł Beauchamp, wtykając sobie monokl w oko i starając się go utrzymać.
— Szanowny pan pozwoli sobie powiedzieć — rzekł Château-Renaud — że w walce na monokle nie wytrzyma z Debray’em. Debray, dajże lekcję panu Beauchamp.