— E, dajże spokój — rzekł. — Jest zawoalowana, to jakaś nieznajoma dama, cudzoziemska księżna, może matka Cavalcantiego. Ale, ale, Beauchamp, mówiłeś, a raczej zaczynałeś mówić coś bardzo ciekawego.

— Ja?

— No tak, mówiłeś coś o dziwnej śmierci panny Valentine.

— A tak, racja. Ale dlaczego nie ma tu pani de Villefort?

— Kochana kobiecina! — rzekł Debray. — Na pewno destyluje melisę dla szpitali albo preparuje jakieś kosmetyki dla siebie i dla przyjaciółek. Wiecie, że ona na tę zabawę wydaje do trzech tysięcy dukatów rocznie? Tak przynajmniej słyszałem. Ale masz rację, czemu nie ma tu pani de Villefort? Spotkałbym się z nią z dużą radością, bardzo lubię tę kobietę.

— A ja nie — rzekł Château-Renaud. — Nie znoszę jej.

— A to czemu?

— Sam nie wiem. Czuję do niej antypatię i już.

— Albo nie znosisz jej instynktownie, jak zwykle.

— Może... Ale wróćmy do tego, co mówił Beauchamp.