— Wielmożny panie — powiedział odźwierny, nie dowierzając jeszcze własnemu szczęściu — nie pojmuję hojności pana.
— A jednak, przyjacielu, łatwo można ją pojąć — odrzekł hrabia. — Byłem marynarzem, twoja opowieść wzruszyła mnie bardziej niż kogokolwiek innego.
— Skoro jest pan taki hojny, to dostanie pan coś za to ode mnie.
— A cóż ty mi możesz, przyjacielu, ofiarować? Muszle, wyroby ze słomy? Dziękuję ci.
— Nie, wcale nie. To coś, co ma związek z historią, którą opowiedziałem.
— Naprawdę? — wykrzyknął hrabia. — Cóż to takiego?
— Proszę posłuchać, bo było tak... Powiedziałem sobie: zawsze można coś znaleźć w celi więźnia, który tu był piętnaście lat — i zacząłem ostukiwać mury.
— Ach! — zawołał hrabia, przypominając sobie o skrytce księdza.
— Długo to trwało, aż odkryłem, że dudni coś przy wezgłowiu łóżka i w palenisku...
— Tak — rzekł Monte Christo — tak...