— Nie wiem, czy to książka, ale w każdym razie to mam.

— Idź po nią zaraz, mój dobry człowieku!

I dodał ciszej:

— A jeżeli to to, o czym myślę, nie pożałujesz.

— Już biegnę, wielmożny panie.

I odźwierny wybiegł. Hrabia ukląkł nabożnie przy szczątkach łóżka, z którego śmierć uczyniła dla niego ołtarz.

— O mój drugi ojcze! Ty, który mi dałeś wolność, wiedzę i bogactwo! Ty, który wiedziałeś, co dobre, a co złe, jakbyś należał do istot wyższego rzędu! Jeżeli umarli potrafią nas dosłyszeć, jeżeli tam, gdzie kochali i cierpieli, pozostaje po nich coś i unosi się w powietrzu, powiedz mi, szlachetny, najdoskonalszy człowieku, daj mi jakikolwiek znak, powiedz mi w imię tej miłości ojcowskiej, jaką do mnie żywiłeś, i w imię szacunku, jakim cię darzyłem niczym syn, czy mogłem tak uczynić? Zabierz ode mnie resztkę wątpliwości, bo jeśli nie, staną mi się wyrzutem.

Hrabia pochylił głowę i złożył ręce.

— Mam, wielmożny panie! — odezwał się ktoś.

Monte Christo zadrżał i odwrócił się. Odźwierny podawał mu pasma płótna, na których ksiądz spisał skarby swojej wiedzy. Był to rękopis dzieła o zjednoczeniu Włoch pod jednym berłem.