— Biada tym, którzy zamknęli mnie w tych ponurych lochach, i tym, którzy zapomnieli, że tam jestem!

Przepływając naprzeciw wsi katalońskiej odwrócił się, naciągnął na głowę kaptur i wyszeptał imię kobiety.

Zwycięstwo było zupełne — hrabia po dwakroć pokonał wątpliwości.

Imię, które wymówił z taką czułością, że pobrzmiewała w niej niemal miłość, było imieniem Hayde.

Dobiwszy do brzegu, Monte Christo poszedł na cmentarz, gdzie spodziewał się zastać Morrela. I on dziesięć lat temu szukał tu nabożnie pewnego grobu — ale szukał na próżno. On, co wracał do Francji z milionami, nie mógł odnaleźć grobu ojca zmarłego z głodu. Morrel postawił na nim wprawdzie krzyż, ale krzyż przewrócił się i grabarz zabrał go na podpałkę, jak to mają w zwyczaju robić wszyscy grabarze z drewnem walającym się na cmentarzu. Czcigodny kupiec miał więcej szczęścia: umarł wśród swoich dzieci, przeto pochowano go obok żony, która wyprzedziła go w podróż do wieczności o dwa lata. Dwie płyty z marmuru, na których wyryto nazwiska, leżały obok siebie, otoczone żelazną balustradą, ocienione czterema cyprysami.

Maksymilian opierał się o jeden z cyprysów i wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w groby. Cierpiał tak głęboko, że graniczyło to z obłędem.

— Maksymilianie — rzekł hrabia — to nie tam trzeba patrzeć, ale tam.

I wskazał na niebo.

— Umarli są wszędzie — odparł Morrel. — Przecież sam mi pan tak mówiłeś, gdy mi kazałeś wyjechać z Paryża.

— Maksymilianie, powiedziałeś mi, że chciałbyś zatrzymać się na parę dni w Marsylii. Nadal tego pragniesz?