— Kochany hrabio, ja już niczego nie pragnę, zdaje mi się tylko, że w Marsylii byłoby mi mniej ciężko czekać.

— Tym lepiej, Maksymilianie, bo muszę cię opuścić, ale nie zapomnij, trzymam cię za słowo!

— O, zapomnę, hrabio, zapomnę.

— Nie, nie zapomnisz, bo przede wszystkim jesteś człowiekiem honoru, przysiągłeś i przysięgniesz mi jeszcze teraz.

— Hrabio, miejże nade mną litość! Jestem nieszczęśliwy!

— Znałem człowieka nieszczęśliwszego niż ty.

— Niemożliwe.

— Niestety tak. Pyszna natura ludzka ma to do siebie, że człowiek zawsze się uważa za nieszczęśliwszego od bliźniego, który cierpi tuż obok.

— Czy można być nieszczęśliwszym od człowieka, który stracił kogoś, kogo kochał najbardziej w świecie?

— Posłuchaj i zastanów się dobrze choć chwilę nad tym, co ci powiem. Znałem człowieka, który jak ty wszystkie swoje nadzieje i szczęście pokładał w kobiecie. Był to człowiek młody, miał starego ojca, którego kochał, i narzeczoną, którą ubóstwiał. Już ją miał poślubić, gdy nagle jeden z tych przypadków, które na chwilę każą nam zwątpić o dobroci Boga, ot, kaprys losu — odebrał mu wolność, narzeczoną, wymarzoną przyszłość i pogrążył go na dno więziennego lochu.