— Tak, ale z więzienia wychodzimy po tygodniu, miesiącu, po roku...
— Był tam czternaście lat — rzekł hrabia, kładąc rękę na ramieniu młodzieńca.
Maksymilian zadrżał.
— Czternaście lat!... — wyszeptał.
— Czternaście lat — powtórzył hrabia. — Ileż to razy w ciągu tych lat ogarniała go rozpacz... On też, tak jak ty, uważał się za najnieszczęśliwszego z ludzi i chciał popełnić samobójstwo.
— I cóż się stało?
— W ostatniej chwili Bóg uratował go, objawiając mu się w człowieku — bo Bóg nie czyni już cudów. Może w pierwszej chwili nie zrozumiał miłosierdzia Pana, bo wzrok przesłaniały mu łzy, ale w końcu uzbroił się w cierpliwość i czekał. Pewnego dnia cudem wyszedł z grobu, odmieniony, bogaty, potężny niemal jak Bóg. Zawołał natychmiast: ojcze! Ale jego ojciec już nie żył.
— Mój ojciec też nie żyje.
— Tak, ale twój ojciec umarł w twoich ramionach, kochany, szczęśliwy, otoczony szacunkiem, bogaty, przeżywszy w pełni swoje życie. Jego ojciec umarł w nędzy, w rozpaczy, wątpiąc o Bogu, a kiedy po dziesięciu latach syn próbował odnaleźć jego grób, nawet tego grobu już po nim nie było i nikt nie mógł mu powiedzieć: tu spoczywa w Panu serce, co tak cię kochało.
— Och! — szepnął Morrel.