— Obiecuję panu — rzekł wreszcie po chwili milczenia i podał hrabiemu rękę — ale niech pan pamięta...
— Piątego października czekam na ciebie na wyspie Monte Christo. Czwartego zabierze cię z portu w Bastii jacht o nazwie „Eurus”. Wystarczy, że powiesz swoje nazwisko kapitanowi, a on zawiezie cię do mnie. Słowo honoru?
— Słowo honoru. Ale niech pan pamięta, że piątego...
— Dzieciak jesteś, jeśli nie wiesz, co to jest obietnica mężczyzny... Powiedziałem ci ze dwadzieścia razy, że tego dnia, jeżeli nadal będziesz chciał umrzeć, sam ci dopomogę. Bywaj zdrów!
— Opuszczasz mnie, hrabio?
— Muszę, mam sprawę we Włoszech. Zostawiam cię tu samego w walce z nieszczęściem, samego z tym orłem o potężnych skrzydłach, którego Pan zsyła swoim wybrańcom, aby Mu ich przyniósł do stóp. Cała ta historia o Ganimedesie to nie bajka, ale alegoria.
— Kiedy pan odjeżdża?
— Natychmiast. Czeka na mnie parowiec, za godzinę już będę daleko. Odprowadzisz mnie do portu?
— Zrobię wszystko, co mi pan każe.
— No to uściskaj mnie.