— No, jest.

Powóz przejechał przez bramę del Popolo, skręcił w lewo i zatrzymał się przed Hotelem Londyńskim.

Na progu przywitał podróżnego nasz stary znajomy, imć Pastrini. Podróżny wysiadł, kazał sobie podać dobry obiad i spytał o siedzibę firmy Thomson i French. Wskazano mu ją od razu, był to bowiem jeden z najbardziej znanych w Rzymie banków. Znajdował się na via dei Banchi, tuż przy Świętym Piotrze. W Rzymie, jak też i wszędzie, przybycie pocztowej karety jest swego rodzaju wydarzeniem.

Karecie i podróżnemu przypatrywało się z dziesięciu młodziutkich potomków Mariusza i Grakchów, bosonogich, z dziurami na łokciach, ale za to w malowniczych pozach — jedna ręka na biodrze, druga wdzięcznie wygięta nad głową, palce zanurzone we włosach. Do uliczników dołączyła się zgraja pięćdziesięciu gapiów, od których aż roi się w Państwie Kościelnym — takich, co to zabawiają się przeważnie pluciem do Tybru z mostu Świętego Anioła — jeśli akurat w Tybrze jest woda.

Ponieważ rzymscy ulicznicy i gapie, szczęśliwsi od tych z Paryża, rozumieją wszystkie języki, a już na pewno język francuski, dowiedzieli się, że podróżny zażądał apartamentu, obiadu i spytał też o adres firmy Thomson i French.

W rezultacie, gdy podróżny wyszedł z hotelu w towarzystwie obowiązkowego tutaj cicerone, od grupy ciekawskich oderwał się pewien człowiek i podążył za nimi w niewielkiej odległości, śledząc ich tak zręcznie, jak by to zrobił agent paryskiej policji — nie zauważył go ani podróżny, ani cicerone.

Francuz tak się spieszył do banku Thomson i French, że nawet nie poczekał, aż do powozu hotelowego zostaną zaprzęgnięte konie. Kareta miała dogonić ich w drodze lub poczekać przed bramą banku.

Ostatecznie dotarli na miejsce pieszo. Francuz wszedł, pozostawiając przewodnika w przedsionku. Cicerone natychmiast wdał się w rozmowę z paroma podobnymi sobie wolnymi strzelcami, którzy jako ludzie „tysiąca przemysłów” wystają w Rzymie przed bankami, kościołami, ruinami, muzeami i teatrami.

Tuż za Francuzem wszedł także ów człowiek, który odłączył się od tłumu ciekawskich. A gdy Francuz zadzwonił do biura i wszedł do pierwszego pokoju, jego cień podążył za nim.

— Czy mógłbym się widzieć z panami Thomson i French? — spytał cudzoziemiec.