Na znak zaufanego komisanta, który zajmował pierwsze biuro, wstał ni to lokaj, ni to strażnik.

— Kogo mam zaanonsować? — spytał, kierując się ku drzwiom.

— Barona Danglars — odpowiedział podróżny.

— Pan pozwoli — rzekł strażnik.

Otwarły się drzwi; strażnik i baron znikli za nimi.

Człowiek, który wszedł za Danglarsem, usiadł na ławce przeznaczonej dla czekających w kolejce interesantów. Komisant nie przerywał pisania jeszcze przez jakieś pięć minut; w tym czasie nieznajomy siedział nieruchomo, nic nie mówiąc. Pióro komisanta przestało w końcu skrzypieć po papierze. Urzędnik podniósł głowę, rozejrzał się uważnie dookoła, a upewniwszy się, że mogą rozmawiać w cztery oczy, odezwał się:

— No, no, przyszedłeś, Peppino!

— Tak — odrzekł lakonicznie wyżej wzmiankowany.

— Zwęszyłeś coś ciekawego u tego grubasa?

— To nie nasza zasługa. Zostaliśmy uprzedzeni.