— To gdzie jego ekscelencja pragnie jechać?
— Do hotelu.
— Casa Pastrini — rzekł cicerone do stangreta.
I powóz ruszył tak szybko jak najlżejszy faeton. Dziesięć minut później baron był już w swoim apartamencie, a Peppino usadowił się na ławce obok wejścia do hotelu, szepnąwszy wcześniej parę słów na ucho jednemu z potomków Mariusza i Grakchów, o których wspomnieliśmy na początku tego rozdziału. Dzieciak pobiegł co sił w nogach w stronę Kapitolu.
Danglars był zmęczony i senny. Położył się, włożył pugilares pod poduszkę i zasnął.
Peppino zaś miał trochę czasu do stracenia; zagrał więc w morrę z tragarzami, przegrał trzy talary i aby się pocieszyć, opróżnił butelkę orvieto.
Następnego dnia Danglars obudził się późno, choć spać poszedł wcześnie. Przez pięć czy sześć ostatnich nocy bardzo źle sypiał, jeśli w ogóle już spał.
Zjadł obfite śniadanie i niezbyt, jak sam mówił, zainteresowany cudami Wiecznego Miasta, zamówił karetę pocztową na dwunastą. Nie wziął jednak pod uwagę w swoich obliczeniach formalności, jakich trzeba było dopełnić na policji ani lenistwa poczmistrza. Konie przybyły dopiero na drugą, a cicerone dostarczył mu paszport z wizą dopiero o trzeciej. Wszystkie te przygotowania ściągnęły przed drzwi imć Pastriniego tłumek gapiów. Nie zabrakło też potomków Mariusza i Grakchów. Baron przeszedł triumfalnie wśród gapiów, którzy wołali do niego ekscelencjo, aby dostać bajocco.
Danglars, jak wiadomo, wielki miłośnik lewicy, zadowalał się do tej pory tytułem barona i nigdy dotąd nie nazywano go ekscelencją. Tytuł ten tak mu teraz pochlebił, że rozdał z tuzin miedziaków całej tej hołocie, która chętnie nazwałaby go za drugi tuzin Waszą Książęcą Mością.
— Jak jedziemy? — spytał pocztylion po włosku.