114. Menu Luigiego Vampy

Po każdym śnie, jeśli nie jest to sen śmierci, następuje przebudzenie.

Dla paryżanina, przyzwyczajonego do jedwabnych zasłon, do ścian wybitych aksamitem, do zapachu drewna palącego się na kominku, zapachu, który spływa spod atłasowego baldachimu, przebudzenie w kredowej grocie musi być czymś w rodzaju złego snu.

Dotykając zasłon z koźlej skóry, Danglars musiał sądzić, że śni mu się coś o Samojedach lub Lapończykach. W podobnych okolicznościach wystarcza jednak sekunda, by największe wątpliwości zamieniły się w pewność.

— Tak, tak — szepnął — jestem w rękach bandytów, o których mówił nam Albert.

Odetchnął zaraz głęboko, aby upewnić się, czy nie jest ranny: był to sposób, na który natknął się w Don Kichocie. Nie była to jedyna książka, jaką przeczytał w życiu — ale z pewnością jedyna, z której coś zapamiętał.

— Nie — powiedział. — Nie zabili mnie ani nie zranili, ale może mnie okradli?

I szybko włożył ręce do kieszeni. Nikt w nich nic nie ruszał. Sto ludwików, które odłożył sobie na podróż z Rzymu do Wenecji, było wciąż w kieszeni jego spodni, a pugilares, w którym schował czek na pięć milionów franków leżał sobie w kieszeni surduta.

— A to osobliwi bandyci — powiedział do siebie. — Zostawili mi sakiewkę i pugilares... Tak jak myślałem wczoraj, gdy kładłem się spać, chcą za mnie okupu... O, jest i zegarek! Zobaczmy, która godzina.

Zegarek, arcydzieło Bregueta, który Danglars nakręcił starannie poprzedniego dnia, jeszcze przed wyjazdem, wydzwonił wpół do szóstej rano. Gdyby nie ten zegarek, nie miałby pojęcia, czy jest dzień, światło dzienne nie docierało bowiem do jego celi.