Podniósł się i zastukał do drzwi. Bandyta podniósł głowę. Danglars zastukał ponownie.

Che cosa? — spytał bandyta.

— Mój przyjacielu — rzekł Danglars, bębniąc palcami w drzwi — wydaje mi się, że czas, aby mi dano jeść!

Prawdopodobnie olbrzym nie zrozumiał lub nie miał rozkazów w kwestii wyżywienia Danglarsa, bo powrócił do swego obiadu. Duma Danglarsa poczuła się urażona; nie chcąc dłużej kompromitować się przed tym chamem, bankier położył się znów na swoich koźlich skórach i nie wypowiedział już ani słowa.

Minęły cztery godziny. Olbrzym został zastąpiony przez innego bandytę. Danglars, któremu żołądek aż skręcał się z głodu, podniósł się po cichu, przystawił oko do szpary w drzwiach i rozpoznał inteligentne oblicze przewodnika.

Peppino właśnie czynił przygotowania do tego, by warta upłynęła mu jak najprzyjemniej. Usadowił się twarzą do drzwi i wcisnął sobie między uda gliniany gar gorącej, pachnącej ciecierzycy, dobrze omaszczonej słoniną. Obok garnka Peppino położył jeszcze koszyczek winogron z Velletri i butelkę orvieto. Peppino stanowczo był smakoszem.

Na widok tych przygotowań kulinarnych Danglarsowi ślinka napłynęła do ust.

„No — pomyślał więzień — zobaczymy, czy ten będzie bardziej do rzeczy niż tamten”.

I zastukał grzecznie do drzwi.

— Idę, idę — rzekł bandyta, który jako częsty gość hotelu Pastriniego przyswoił sobie w końcu francuski. I otworzył drzwi.