— Jakbyśmy byli w Café de Paris — mruknął Danglars.

— Do usług, ekscelencjo — odparł Peppino, odbierając kurczaka z rąk młodego bandyty i kładąc go na spróchniałym stole, który stanowił wraz z zydlem i posłaniem z koźlich skór całe umeblowanie celi.

Danglars poprosił o nóż i widelec.

— Proszę, ekscelencjo — rzekł Peppino, podając nożyk o tępym czubku i bukszpanowy widelec.

Danglars wziął nóż i widelec i zabierał się do krojenia mięsa.

— Ekscelencja wybaczy — rzekł Peppino, kładąc rękę na ramieniu bankiera — u nas płaci się przed posiłkiem... Wychodząc od nas, klient mógłby okazać niezadowolenie.

„Ho, ho — pomyślał Danglars — to już nie tak jak w Paryżu, nie mówiąc o tym, że prawdopodobnie obedrą mnie ze skóry. Ale nie bądźmy drobiazgowi. No, toć zawsze słyszałem, że życie we Włoszech jest tanie, kurczak powinien kosztować w Rzymie nie więcej niż dwanaście su”.

— Proszę! — rzekł, rzucając Peppinowi ludwika.

Bandyta podniósł pieniążek. Danglars zbliżył nóż do kurczaka.

— Chwileczkę, ekscelencjo — rzekł Peppino, prostując się — chwileczkę, ekscelencja jest mi jeszcze coś winien.