— To kochasz mnie, Hayde?
— Valentine, on pyta, czy ja go kocham. Powiedz mu, czy ty kochasz Maksymiliana!
Serce hrabiego wezbrało szczęściem. Otworzył ramiona, a dziewczyna rzuciła się w nie.
— Tak, kocham cię — rzekła. — Kocham cię, tak jak się kocha ojca, brata i męża. Kocham cię, tak jak kocha się życie i Boga, bo jesteś dla mnie najpiękniejszym, największym i najwspanialszym spośród ludzi.
— Niech więc będzie, jak chcesz, aniele. Bóg, który przywrócił mi życie, bym walczył przeciwko moim wrogom i w tej walce dał mi zwycięstwo, ten Bóg nie chce wcale, by na końcu mojej drogi czekała mnie kara. Chciałem sam siebie ukarać, On mi przebaczył. Więc kochaj mnie, Hayde! Kto wie, może twoja miłość pomoże mi zapomnieć o tym, o czym powinienem zapomnieć.
— O czym mówisz, mój panie?
— Mówię, że dzięki jednemu twojemu słowu zrozumiałem więcej niż przez dziesięć lat żmudnego zdobywania mądrości. Tylko ty mi pozostałaś na świecie, jesteś jedynym ogniwem łączącym mnie z życiem, możesz sprawić, że będę cierpiał i możesz mnie uszczęśliwić.
— Valentine, czy ty to słyszysz? — zawołała Hayde. — Czy on mówi, że mogłabym mu sprawić ból? Przecież oddałabym za niego życie.
Hrabia zastanowił się chwilę.
— Czy jednak rzeczywiście dobrze odczytałem prawdę? — rzekł. — Boże, przecież to nie ma już żadnego znaczenia. Kara czy nagroda, przyjmuję ten los. Chodź, Hayde, chodź...