Jedną ręką objął kibić dziewczyny, drugą uścisnął dłoń Valentine i zniknął.
Upłynęła niemal godzina. Przez tę godzinę Valentine na krok nie odstępowała Morrela. W końcu poczuła, że jego serce zaczyna bić, niemal niedostrzegalny oddech rozchyla mu wargi, a przez ciało przebiega ów dreszcz, który znamionuje powrót do życia.
Jego oczy się otwarły, z początku jednak jakby niewidzące. Najpierw wrócił mu wzrok, jasny i precyzyjny. Ze wzrokiem zaś czucie, z czuciem — ból.
— Jak to? — zawołał z rozpaczą. — Żyję. Hrabia mnie oszukał.
Sięgnął ręką do stołu i chwycił nóż.
— Najdroższy — rzekła Valentine uśmiechając się uroczo. — Obudź się i popatrz na mnie.
Morrel wydał okrzyk i jakby w szaleństwie, pełen zwątpienia, odurzony tą wizją niemal niebiańską upadł na kolana...
Nazajutrz o brzasku Morrel i Valentine przechadzali się nad brzegiem. Ona opowiadała, jak to hrabia Monte Christo wszedł do jej pokoju, odkrył przed nią całą zbrodnię i jak — w cudowny sposób — ocalił jej życie, pozwalając ludziom wierzyć, że umarła.
Na porannym błękicie nieba lśniły ostatnie gwiazdy.
W pewnej chwili Morrel dostrzegł jakiegoś człowieka. Stał skryty w półmroku skał i czekał tylko na znak, by się zbliżyć. Morrel wskazał go Valentine.