— To przecież Jacopo — rzekła dziewczyna. — Kapitan jachtu.

I dała mu znak, by podszedł do nich.

— Czy chce nam pan coś powiedzieć? — zapytał Morrel.

— Mam panu oddać list od hrabiego.

— Od hrabiego! — wykrzyknęli równocześnie.

— Tak, proszę, oto on.

Morrel otworzył list i przeczytał:

Kochany Maksymilianie!

Oddaję do twojej dyspozycji felukę. Jacopo zawiezie Was do Livorno, gdzie czeka pan Noirtier, pragnąc pobłogosławić wnuczkę przed ślubem. Wszystko, co znajduje się w tej grocie, jak i mój dom na polach Elizejskich oraz zameczek w Tréport zechciejcie przyjąć jako weselny podarunek od Edmunda Dantèsa dla syna pana Morrela. Byłbym zobowiązany, gdyby panna de Villefort nie wzgardziła połową tego wszystkiego, ponieważ proszę ją, by oddała biednym majątek po ojcu, który oszalał, i po bracie zmarłym tragicznie wraz z matką we wrześniu.

Poproś, Maksymilianie, anioła, który odtąd będzie nad Tobą czuwał, by zechciał czasem pomodlić się za człowieka, co na podobieństwo Szatana przez chwilę poczuł się równy Bogu, a teraz, z pokorą prawdziwego chrześcijanina uznaje, że On jeden posiada najwyższą moc i nieskończoną mądrość. Być może siła tych modlitw zdoła uciszyć wyrzuty, z którymi, na dnie serca, odchodzi ów człowiek.