— Brawo! — powtórzyli majtkowie.
I patrzyli wszyscy z podziwem na tego człowieka, w którego oku zabłysła znów inteligencja, a ciało odzyskało siłę, której nikt w nim nie podejrzewał.
— Widzicie — rzekł Edmund, puszczając ster — że będę mógł się wam na coś przydać, przynajmniej podczas tego rejsu; a jeśli już mnie nie będziecie chcieli, gdy dopłyniemy do Livorno — no cóż, zostawicie mnie tam; i z pierwszej gaży zwrócę wam za jedzenie i odzież, którą mi pożyczycie.
— Zgoda! Zgoda! — rzekł kapitan. — Dogadamy się, bylebyś pan za dużo nie wymagał.
— Człowiek wart zawsze człowieka — rzekł Edmund. — Zapłaci mi pan tyle, co innym, a umowa stoi.
— To niesłuszne — rzekł marynarz, który wyciągnął z morza Edmunda — ponieważ więcej pan od nas umiesz.
— Po co się do diabła do tego mieszasz, Jacopo? Co cię to obchodzi? — żachnął się dowódca. — Każdemu wolno zaciągnąć się za tyle, ile mu się podoba.
— To prawda — odrzekł Jacopo. — To była tylko taka uwaga.
— Lepiej byś zrobił, gdybyś pożyczył temu chłopakowi — patrz, jaki goły — spodnie i bluzę, jeśli masz drugą parę.
— Nie — odrzekł Jacopo — ale mam koszulę i spodnie.