— E, chyba nie warto — rzekł. — Długo by opowiadać.

— Możesz milczeć, przyjacielu — rzekł ksiądz z największą obojętnością — i szanuję twoje pobudki, zresztą twoje zachowanie świadczy, że jesteś naprawdę dobrym człowiekiem, nie mówmy o tym więcej. Co miałem wykonać? Ot, to czysta formalność. Sprzedam ten diament...

To rzekłszy, wyjął pudełko z kieszeni, otworzył i zaświecił diamentem ponownie przed olśnionymi oczyma Caderousse’a.

— Chodź, zobacz, żono — rzekł chrapliwie oberżysta.

— Diament! — zdumiała się Karkontka, wstając i dość pewnym krokiem schodząc po schodach. — Co to znaczy?

— Jak to, nie słyszałaś, kobieto? To diament, który zapisał nam ten poczciwy Edmund: to jest swemu ojcu, trzem przyjaciołom — Fernandowi, Danglarsowi i mnie, no i swojej narzeczonej. Warty jest pięćdziesiąt tysięcy franków.

— Ach, jaki piękny — rzekła.

— Więc piąta cześć tej sumy należy do nas? — spytał Caderousse.

— Tak, a poza tym jeszcze część należąca do ojca Edmunda, myślę bowiem, że mam prawo rozdzielić ją między was czworo.

— Dlaczego między czworo? — spytała Karkontka.