— Ponieważ wszyscy czworo byliście przyjaciółmi Edmunda.
— Aha, przyjaciele, co zdradzają — ponuro mruknęła Karkontka.
— Tak, tak — rzekł Caderousse — i to przecież też mówiłem. Toż to profanacja, świętokradztwo wynagradzać zdrajców, a może nawet zbrodniarzy.
— Sam pan tego chciałeś — odrzekł spokojnie ksiądz, chowając diament do kieszeni. — A teraz powiedz mi pan, pod jakim adresem mam szukać przyjaciół Edmunda, abym mógł wykonać jego ostatnią wolę.
Pot spływał grubymi kroplami z czoła Caderousse’a; ksiądz wstał, podszedł do drzwi, aby popatrzeć na konia.
Caderousse i jego żona wpatrywali się w siebie z wyrazem trudnym do opisania.
— Cały diament byłby nasz — szepnął Caderousse.
— Tak myślisz — odpowiedziała żona.
— Przecież to osoba duchowna, nie oszuka nas.
— Czyń, co ci się podoba — rzekła Karkontka — ja się w to nie chcę wtrącać.