— Sindbad Żeglarz! — powtórzył.

— No tak — rzekł narrator. — Podróżny podał Vampie właśnie takie nazwisko.

— I cóż masz przeciw temu nazwisku? — wtrącił się Albert. — To bardzo piękne miano; muszę przyznać, że w dzieciństwie bardzo mnie bawiły przygody patrona tego pana.

Franz nie dopytywał się dłużej. Dobrze rozumiemy, że wzmianka o Sindbadzie Żeglarzu obudziła w nim wiele wspomnień.

— No, mów pan dalej — zachęcił gospodarza.

— Vampa włożył niedbale dwa cekiny do kieszeni i poszedł wolno tam, skąd przyszedł. Gdy był już jakieś trzysta kroków do groty, wydało mu się, że usłyszał krzyk. Zatrzymał się, chcąc dojść, skąd dochodził ten krzyk. Po sekundzie posłyszał wyraźnie swoje imię.

Skoczył jak kozioł, nabijając w biegu strzelbę i w minutę dobiegł pagórka leżącego naprzeciw wzgórza, na którym spostrzegł podróżnego. Tam wyraźniej dobiegło go wołanie: „Na pomoc!”.

Ogarnął wzrokiem przestrzeń wokół: jakiś mężczyzna unosił Teresę, niczym centaur Nessus — Dejanirę.

Człowiek ten pokonał już trzy czwarte drogi z groty do lasu.

Vampa ocenił odległość: mężczyzna był już oddalony przynajmniej o dwieście kroków, próżno więc byłoby go ścigać.