— O, do licha!
— Czy to ta jego wyspa przynosi mu tak piękne dochody?
— Nie przynosi mu ani szeląga.
— To na cóż ją kupił?
— Ot, dla fantazji.
— To prawdziwy oryginał.
— To prawda — rzekł Albert — że wydał mi się dość ekscentryczny. Gdyby mieszkał w Paryżu, bywał na naszych widowiskach, powiedziałbym ci, kochany, że to albo jakiś niesmaczny pozer-żartowniś, albo też jakiś biedny człowiek, któremu zawróciła w głowie literatura.
W tejże chwili wszedł jakiś nowy gość i według zwyczaju Franz ustąpił mu swego miejsca; okoliczność ta, oprócz chwilowego zamieszania w loży, wpłynęła także na zmianę przedmiotu rozmowy.
W godzinę później przyjaciele wrócili go hotelu. Pan Pastrini zdążył się już zająć ich jutrzejszym przebraniem i obiecał, że będą zadowoleni z jego zabiegów.
Jakoż na drugi dzień o godzinie dziewiątej wszedł do pokoju Franza z krawcem, który obładowany był ośmioma czy dziesięcioma kostiumami rzymskich chłopów. Przyjaciele wybrali sobie dwa podobne, które mniej więcej na nich pasowały i poprosili hotelarza, by kazał im przyszyć do kapeluszy po dwadzieścia metrów wstążek i wystarał się o dwie jedwabne szarfy w poprzeczne pasy, owe prześliczne szarfy w żywych kolorach, jakimi zwykle przepasują się mężczyźni z ludu podczas świąt.