— Ach! Przypominam sobie — wyszeptał nieszczęsny ojciec, chwytając się tej wiadomości jak zbawienia. — Mówił mi wczoraj, że ma dla mnie skrzynkę kawy i drugą tytoniu.

— A widzicie? — rzekł Danglars. — To pewnie o to chodzi; w czasie naszej nieobecności celnicy musieli dokonać rewizji statku i znaleźli wszystko.

Mercedes nie uwierzyła w to wszystko; trzymając do tej pory na wodzy swoją rozpacz, teraz wybuchnęła głośnym łkaniem.

— No, no, trochę nadziei — rzekł niezbyt jasno stary Dantès.

— Nadziei — powtórzył Danglars.

— Nadziei — starał się mruknąć Fernand, ale słowa uwięzły mu w gardle, usta zadrżały i żaden dźwięk nie wydobył się z piersi.

— Panowie — zawołał któryś z biesiadników postawiony na czatach na galeryjce. Panowie, widać powóz. Ach! To pan Morrel! Pan Morrel wraca, niezawodnie przynosi dobre nowiny.

Mercedes i stary Dantès pobiegli na spotkanie właściciela statku; pan Morrel był bardzo blady.

— No i cóż? — zawołali jednym głosem.

— I cóż, moi przyjaciele — odpowiedział armator. — Rzecz jest daleko poważniejsza, niż myśleliśmy.