— Tak szczęśliwa, jak tylko można; wyszła za mąż za człowieka, którego kochała, a który trwał przy nas wiernie w niedoli; nazywa się Emanuel Herbaut.

Przez usta Monte Christo znowu nieznaczny przeleciał uśmiech.

— Mieszkam tam podczas moich półrocznych urlopów — mówił dalej Maksymilian — i jesteśmy z Emanuelem na rozkazy pana hrabiego, gdyby pan czegokolwiek potrzebował

— Ejże, chwileczkę! — zawołał Albert, zanim Monte Christo zdołał odpowiedzieć. — Proszę się zastanowić, co pan robi, panie Morrel; chcesz nam zamknąć w rodzinnym kółku podróżnika, Sindbada Żeglarza? Z człowieka, który przyjechał obejrzeć Paryż, chcesz zrobić patriarchę?

— A skądże! — uśmiechnął się Morrel. — Moja siostra ma dwadzieścia pięć lat, szwagier trzydzieści; są młodzi, weseli i szczęśliwi; przy tym pan hrabia będzie u siebie i tylko wtedy będzie spotykał gospodarzy, gdy mu się spodoba.

— Dziękuję panu, dziękuję — rzekł Monte Christo. — Będę szczęśliwy, jeśli zechcesz mi pan uczynić ten zaszczyt i przedstawisz mnie siostrze i szwagrowi; ale nie mogę przyjąć propozycji żadnego z panów, ponieważ mam już przygotowane mieszkanie.

— Jak to! Chcesz pan zamieszkać w hotelu? — zawołał Albert. — To nie byłoby zbyt przyjemne dla pana.

— Czyż musiałem w Rzymie znosić jakieś niewygody?

— Do licha! W Rzymie wydał pan pięćdziesiąt tysięcy piastrów, by sobie umeblować apartament, ale raczej nie sądzę, by pan chciał ponawiać wciąż takie wydatki.

— To nie miało żadnego znaczenia. Postanowiłem po prostu mieć w Paryżu dom, rozumiem przez to dom własny. Wysłałem więc wcześniej służącego, który już na pewno kupił mi jakiś i umeblował.