Zanim stangret zawołał odźwiernego, żelazna krata obróciła się na zawiasach; widziano, jak zbliżał się powóz i hrabia został obsłużony z równie błyskawiczną szybkością, jak to się działo w Rzymie.

Stangret wjechał, zakreślił półkole, nie zwalniając ani trochę; brama zamknęła się, nim koła przestały zgrzytać na piasku alejki.

Powóz zatrzymał się po lewej stronie ganku; przy drzwiczkach natychmiast pojawiło się dwóch ludzi; jednym z nich był Ali, który uśmiechnął się do swego pana z niewymowną, najszczerszą radością, uszczęśliwiony jednym spojrzeniem Monte Christa.

Drugi skłonił się nisko i podał rękę hrabiemu, by pomóc mu wysiąść z powozu.

— Dziękuję, panie Bertuccio — rzekł hrabia, zeskakując lekko ze stopni powozu. — Co z notariuszem?

— Czeka w małym salonie, ekscelencjo.

— A bilety wizytowe, które ci kazałem zamówić, skoro będziesz znał numer domu?

— Już gotowe, panie hrabio. Byłem u najlepszego litografa w Palais Royal i w mojej obecności przygotował płytkę; pierwszy odbity bilet został odniesiony natychmiast stosownie pańskich rozkazów do pana barona Danglars, deputowanego, Chaussée-d’Antin 7, inne leżą na kominku w sypialni pana hrabiego.

— Dobrze. Która godzina?

— Czwarta.