— O, proszę pana, nie mam powodu go żałować, bośmy go bardzo rzadko widywali; od pięciu lat nie był tu nawet raz i do licha, dobrze zrobił, że sprzedał dom, który mu nie dawał wcale dochodu.
— Jakże się twój dawny pan nazywał? — spytał Monte Christo.
— Pan markiz de Saint-Méran. O, jestem pewny, że go nie sprzedał za tyle, za ile kupił.
— Markiz de Saint-Méran... — zastanowił się Monte Christo. — Zdaje mi się, że to nazwisko nie jest mi obce... Markiz de Saint-Méran...
I zdawał się szukać czegoś w pamięci.
— Stary szlachcic — mówił odźwierny — wierny sługa Burbonów, miał jedyną córkę, która poszła za pana de Villefort, niegdyś prokuratora królewskiego w Nîmes, a potem w Wersalu.
Monte Christo zerknął na Bertuccia: intendent był bledszy niż ściana, o którą się oparł, aby nie upaść.
— Czy ta córka aby nie umarła? Zdaje mi się, że coś takiego słyszałem...
— Tak, proszę pana, lat temu około dwadzieścia i od tego czasu nasz biedny pan markiz był tu tylko dwa czy trzy razy.
— Dziękuję, dziękuję — rzekł Monte Christo, sądząc po zrozpaczonym wyglądzie intendenta, że nie powinien dłużej naciągać struny, aby nie pękła. — Daj nam jakie światło, dobry człowieku.