— Mam iść z panem?

— Nie trzeba, Bertuccio mi poświeci — i Monte Christo do tych słów dołączył dwie sztuki złota, za co odźwierny zasypał go błogosławieństwami.

— O, proszę pana — odezwał się odźwierny, obmacawszy na próżno gzyms kominka i półki — ale nie mam tu świecy.

— Panie Bertuccio, proszę wziąć latarnię i obejść ze mną pokoje — rzekł hrabia.

Intendent bez żadnych uwag spełnił rozkaz, ale było widać z drżenia ręki, w której trzymał latarnię, ile kosztuje go to posłuszeństwo.

Zwiedzili dosyć obszerny parter, a następnie pierwsze piętro, składające się z salonu, łazienki i dwóch sypialni; z jednej z nich wychodziło się na kręcone schodki prowadzące do ogrodu.

— Patrz, schody dla służby — zauważył hrabia. — To całkiem wygodne. Poświeć no, panie Bertuccio; idź przodem, zobaczymy, gdzie nas te schody zaprowadzą.

— Panie hrabio, te schody prowadzą do ogrodu.

— A skądże o tym wiesz?

— To znaczy, tak mi się wydaje.