Zabrał laskę, którą był oparł o stary kufer i wyszedł. W chwili, gdy otwierał drzwi, do środka wdarł się silny powiew wiatru i o mało nie zgasił lampy.
„O! — rzekł jubiler — nieźle zanosi się, a ja mam przejść dwie mile!”.
„To niech pan zostanie — zaproponował Caderousse. — Prześpisz się pan u nas”.
„Tak, tak, niech pan zostanie — zawtórowała Karkontka drżącym głosem. — Dobrze tu pana przyjmiemy”.
„Nie, muszę iść do Beaucaire. Dobranoc”.
Caderousse z wolna podszedł do drzwi.
„Czarno choć oko wykol — odezwał się jubiler już zza drzwi. — Mam się kierować na prawo, czy na lewo?”.
„Na prawo — odparł Caderousse. — Nie może pan zabłądzić, droga po obu stronach obsadzona jest drzewami”.
„Dziękuję, już widzę” — odezwał się głos niknący w dali.
„Zamknijże drzwi — rzekła Karkontka. — Nie lubię, jak są otwarte, gdy grzmi”.