„A zwłaszcza wtedy, gdy w domu są pieniądze, nieprawdaż?” — odpowiedział Caderousse, zamykając drzwi na dwa spusty.

Podszedł do szafy, wyciągnął sakwę i pugilares, i razem zaczęli po raz trzeci przeliczać złoto i banknoty.

Nigdy jeszcze nie widziałem takiego wyrazu chciwości, jaki malował się na tych dwóch twarzach oświeconych wątłym blaskiem lampy. Szczególnie Karkontka wyglądała wstrętnie; gorączkowe drżenie, które ją zazwyczaj trzymało, wzmogło się w dwójnasób. Blada jej twarz zabarwiła się na sino, straszliwie błyszczały zapadłe oczy.

„A to dlaczego — rzekła przytłumionym głosem — zapraszałeś go tu na noc?”.

„Ależ — wzdrygnął się Caderousse — po to... po to, żeby nie wracał do Beaucaire w taką pogodę”.

„Aha — odparła kobieta, a nie sposób oddać wyrazu jej głosu. — A ja sądziłam, że z innego powodu”.

„Kobieto, kobieto! — zawołał Caderousse. — Jak mogą ci przychodzić do głowy podobne myśli? I czemu ich nie zachowasz dla siebie?”.

„Zresztą wszystko jedno — odezwała się po chwili milczenia Karkontka. — Nie jesteś mężczyzną”.

„Jak to?”.

„Gdybyś był mężczyzną, on by stąd nie wyszedł”.