„Ja!” — odpowiedział ktoś.

„Co za ja?”.

„Do licha, no ja, Joannes, jubiler”.

„A widzisz? Dopiero mówiłeś — odezwała się Karkontka z okropnym uśmiechem — że obrażam Boga? A oto sam Bóg nam go sprowadza”.

Caderousse padł blady i drżący na krzesło.

Karkontka przeciwnie: wstała, poszła pewnym krokiem do drzwi i otwarła.

„Prosimy, niech pan wejdzie” — rzekła.

„Przysięgam — wysapał jubiler przemoknięty do suchej nitki — chyba sam diabeł nie chce, abym wrócił dziś do Beaucaire. Im komu prędzej wraca zdrowy rozsądek, tym lepiej, drogi panie Caderousse. Zaproponował mi pan gościnę — przyjmuję, wróciłem do państwa na noc”.

Caderousse wybąkał kilka słów, ocierając pot płynący mu z czoła strumieniem.

Karkontka zamknęła drzwi za jubilerem na dwa spusty.