„Gdzież mnie położycie?”.

„W pokoiku na górze”.

„Ale czy to nie wasz pokój?”.

„Nic nie szkodzi, mamy drugie łóżko w pokoju obok”.

Caderousse spojrzał ze zdumieniem na żonę.

Jubiler zanucił jakąś melodyjkę, grzejąc sobie plecy przy wiązce drewna, które Karkontka tylko co podpaliła na kominku, aby gość mógł się osuszyć.

Tymczasem Karkontka nakryła róg stołu serwetą i postawiła na niej jakieś nędzne resztki obiadu, do których dorzuciła parę jaj.

Caderousse włożył do pugilaresu banknoty, złoto wsypał do sakwy i wszystko zamknął w szafie. Przechadzał się wzdłuż i wszerz sali, ponury i zamyślony, spoglądając niekiedy na jubilera, na którym parowała odzież; w miarę jak ubranie wysychało, jubiler odwracał się odpowiednią stroną do ognia.

„No — rzekła Karkontka stawiając na stole butelkę wina. — Jak pan chce wieczerzać, to wszystko gotowe”.

„A państwo?” — zapytał jubiler.