I Danglars opadł na siedzenie, wołając do stangreta, tak aby go słyszano na całej ulicy:
— Do Izby Deputowanych!
Monte Christo, powiadomiony w czas, obserwował barona zza żaluzji za pomocą wybornej lunety z taką samą uwagą, z jaką Danglars studiował dom, ogród i służbę.
— O, stanowczo — rzekł, wzdrygając się z niesmakiem i składając lunetę w futerale z kości słoniowej — stanowczo ohydna to kreatura; jakże tu na pierwszy rzut oka nie poznać węża po tym spłaszczonym czole, po tym nabrzmiałym łbie sępa, po tym ostrym dziobie drapieżcy?
— Ali! — zawołał i uderzył w miedziany dzwonek.
Wszedł Ali.
— Zawołaj mi Bertuccia.
W tejże chwili wszedł Bertuccio.
— Ekscelencja mnie wzywał?
— Tak. Czy widziałeś konie, co przed chwilą stanęły przed bramą?