— Panie Bertuccio, czekaj pan — powstrzymał go Monte Christo. — Chcę mieć jakiś majątek nad brzegiem morza, na przykład w Normandii, między Hawrem a Boulogne. Jak widzisz, masz dosyć miejsca do wyboru. W tych dobrach musi być jaki mały port, przystań, zatoczka, gdzie mogłaby zawinąć i rzucić kotwicę korweta. Zanurza się tylko na piętnaście stóp. Statek ma być zawsze gotowy do wyjścia w morze, o każdej porze w dzień i w nocy, kiedy tylko mi się spodoba. Pytaj pan notariuszy, czy nie mają gdzieś właśnie takiego terenu na sprzedaż; kiedy już ci coś wskażą, pojedziesz obejrzeć ten teren, a jeśli będzie taki, jak trzeba, kupisz go na swoje nazwisko. Korweta powinna być już w drodze do Fécamp, prawda?

— Tego wieczoru, kiedyśmy wyjeżdżali z Marsylii, widziałem, jak wypływała na morze.

— A jacht?

— Jacht zgodnie z rozkazem stoi w Martigues.

— Dobrze! Pisz pan co jakiś czas do obu kapitanów, żeby nie pozasypiali.

— A co ze statkiem parowym?

— Jest w Châlon, prawda?

— Tak.

— Te same rozkazy, które wydałem dla żaglowców.

— Na rozkaz.