I hrabia podniósł się.

— Jedną rzecz muszę panu wyznać — rzekł Danglars z kolei. — Zdawało mi się, że mam jak najdokładniejsze wiadomości o największych fortunach Europy, a jednak pańska, która jest chyba dość znaczna, nie obiła mi się o uszy. To zapewne jakaś świeża fortunka?

— Nie, panie baronie. Przeciwnie, jest bardzo stara; było to coś w rodzaju familijnego skarbu, którego nie wolno było naruszać, a tymczasem procenty potroiły całą wartość; termin wyznaczony przez testatora upłynął dopiero przed kilku laty, a więc używam tego majątku zaledwie od kilku lat; pańska niewiedza w tym względzie jest naturalna; zresztą niebawem pozna pan te sprawy lepiej.

Słowa te wymówił z owym bladym uśmiechem, który takim dreszczem przejmował Franza d’Epinay.

— Przy pańskim usposobieniu i zamiarach — powiedział Danglars — zabłyśnie pan u nas w stolicy takim przepychem, że zaćmisz nas, biednych milionerów. A jednak poproszę, by zechciał pan rzucić okiem na moją galerię, bo jesteś pan amatorem sztuki — widziałem, jak oglądał pan moje obrazy. Wszystkie obrazy są stare, dzieła posiadające metrykę, że wyszły spod pędzla dawnych mistrzów; bo obecnego malarstwa nie lubię.

— Ma pan rację; współczesne malarstwo ma zazwyczaj jedną wielką wadę: nie zdążyło się jeszcze zestarzeć.

— Zechce pan obejrzeć moje rzeźby Thorwaldsena, Bartoliniego, Canovy? To sami obcy artyści, bo jak pan widzi, nie bardzo cenię artystów francuskich.

— Masz pan prawo być dla nich niesprawiedliwym, to pańscy ziomkowie.

— Ale to wszystko na później, kiedy się bliżej poznamy; dziś rad bym tylko, jeżeli pan pozwoli, przedstawić go żonie, baronowej Danglars; proszę darować ten pośpiech, panie hrabio, ale tak znakomity klient jak pan należy prawie do rodziny.

Monte Christo ukłonił się na znak, że przyjmuje zaszczyt, który tak bardzo pragnął wyświadczyć mu bankier.