— Nie ręczę za to, bo w końcu jeśli podarował pani ten złoty puchar, podając się za lorda Ruthwena...
— Ale to straszne, będzie miał do mnie śmiertelną urazę.
— Czyż zachowuje się jak wróg?
— Nie, przyznaję.
— Sama pani widzi.
— Jest więc w Paryżu?
— Tak.
— I jakie tu zrobił wrażenie?
— Mówiono o nim przez cały tydzień. Potem była koronacja królewska, kradzież brylantów panny Mars i mówiono już tylko o tym.
— Mój drogi — wtrącił Château-Renaud — dobrze widać, że hrabia jest twoim przyjacielem, przywykłeś już do niego. Niech mu pani hrabina nie wierzy — przeciwnie, w Paryżu mówi się tylko o hrabi de Monte Christo. Zadebiutował przysyłając pani Danglars konie za trzydzieści tysięcy franków; następnie ocalił życie pani de Villefort; potem — jak słyszę — wygrał wyścig Jockey-Clubu. Niezależnie od tego, co mówi Albert, ja wiem, że wszyscy nadal interesują się hrabią i za miesiąc też się będą interesować, jeżeli nadal będzie zachowywał się w tak ekscentryczny sposób, a zdaje się, że to jego zwykły tryb życia.