— Dziwna dziewczyna! — mruknęła baronowa.

— Oho — zauważył Morcerf. — Zdaje mi się, że on sam tu przyjdzie. Proszę, spostrzegł panią i kłania się właśnie.

Baronowa odkłoniła się hrabiemu z czarującym uśmiechem.

— Dobrze, poświęcę się — rzekł Morcerf. — Opuszczę panie na chwilę, zobaczę, czy uda mi się z nim porozmawiać.

Ukłonił się i wyszedł.

Istotnie, gdy dochodził do loży hrabiego, drzwi się otwarły; hrabia powiedział coś po arabsku do Alego, który stał na korytarzu, i ujął Alberta pod ramię.

Ali zamknął drzwi i stanął przed nimi; wokół Nubijczyka zebrał się tłumek gapiów.

— Zaiste — rzekł Monte Christo — szczególny jest ten wasz Paryż, szczególny naród, ci paryżanie; myślałby kto, że pierwszy raz widzą Nubijczyka. Spójrz pan, jak się tłoczą wokół tego biednego Alego, a ten sam nie wie, co to ma znaczyć. Zaręczam panu, że gdy na przykład paryżanin pojedzie do Tunisu, do Konstantynopola, do Bagdadu lub Kairu, nikt nie będzie się zbiegał, aby go zobaczyć.

— Bo pańscy mieszkańcy Wschodu są rozsądni i patrzą tylko na to, co jest warte uwagi; ale niech mi pan wierzy, Ali cieszy się taką popularnością tylko dlatego, że należy do pana, a pan, hrabio, jest tu teraz bardzo w modzie.

— Doprawdy? A co sprawiło, że mnie spotkał taki zaszczyt?