— Nie, panie hrabio — rzekł Monte Christo, ściskając podaną mu przez generała rękę — tym razem podziękowania należy zapisać na mój rachunek; ale już mi pan raz dziękował, przyjąłem te podziękowania i proszę mnie nie zawstydzać swoją stałą wdzięcznością. Pani baronowo, racz mi uczynić zaszczyt i przedstawić mnie córce.

— O, ona już pana dobrze zna, przynajmniej z nazwiska; od trzech dni rozmawiamy tylko o panu. Eugenio — rzekła baronowa odwracając się do córki — pan hrabia de Monte Christo.

Hrabia skłonił się; panna Danglars lekko skinęła głową.

— Przyszedł pan z prześliczną osóbką, hrabio. Czy to pańska córka? — zagadnęła Eugenia.

— Nie, pani — odpowiedział Monte Christo zdumiony tym pytaniem — albo naiwnym, albo nader obcesowym. — To nieszczęśliwa Greczynka, której jestem opiekunem.

— Greczynka! — mruknął hrabia de Morcerf.

— Tak, hrabio — odezwała się pani Danglars. — Czy widział pan kiedykolwiek na dworze Ali-Tebelina, któremu tak chwalebnie służyłeś, równie piękny strój?

— To pan hrabia służył w Janinie? — spytał Monte Christo.

— Jako generał byłem instruktorem wojskowym przy oddziałach paszy — odparł Morcerf — i nie kryję, że mój niewielki majątek zawdzięczam szczodrej ręce tego wspaniałego albańskiego przywódcy.

— Ale niechże pan popatrzy — upierała się pani Danglars.