Hrabia i Baptysta nie skłamali, mówiąc Albertowi o wizycie toskańskiego majora, którą Monte Christo posłużył się jednocześnie jako pretekstem, by odmówić przyjęcia zaproszenia na obiad.
Wybiła siódma. Zgodnie z otrzymanymi wcześniej instrukcjami Bertuccio już od dwóch godzin znajdował się w drodze do Auteuil, gdy przed bramą pałacu zatrzymała się dorożka i jakby lekko spłoszona natychmiast uciekła, pozostawiając przed domem jegomościa lat około pięćdziesięciu dwóch, odzianego w jedną z owych zielonych czamarek z czarnymi szamerunkami, które chyba nigdy nie zaginą w Europie. Szerokie granatowe pantalony, buty wcale jeszcze przyzwoite, lecz o wątpliwym połysku i nazbyt grubej podeszwie, zamszowe rękawiczki, kapelusz z kształtu nieco podobny do kaszkietu żandarma, czarny halsztuk, spod którego wystawał rąbek kołnierzyka, mogący spokojnie uchodzić za żelazną obręcz skazańców, gdyby właściciel nie nosił go z własnej woli: w takim oto malowniczym stroju zjawiła się owa osobistość. Gość zadzwonił do drzwi, zapytując, czy przypadkiem to nie tu właśnie mieszka pan hrabia de Monte Christo. Otrzymawszy od odźwiernego potwierdzenie, wszedł, zamknął za sobą drzwi i skierował się prosto ku gankowi.
Baptysta czekał już w przedsionku. Natychmiast rozpoznał gościa — był uprzedzony o jego wyglądzie — po małej, lekko kanciastej głowie, siwiejących włosach, gęstym, szpakowatym wąsie. Toteż gdy tylko ów podał swoje nazwisko, Baptysta zaraz poinformował hrabiego.
Wprowadzono cudzoziemca do najskromniejszego salonu. Tam czekał już na niego hrabia i z uśmiechem wyszedł mu naprzeciw.
— Witam, witam drogiego pana — rzekł. — Spodziewałem się tej wizyty.
— Doprawdy? Pan hrabia się mnie spodziewał? — zdziwił się Toskańczyk.
— Tak. Uprzedzono mnie, że będziesz pan u mnie dziś o godzinie siódmej.
— Że będę u pana? Tak panu powiedziano? O, tym lepiej. Bałem się, czy nie zapomniano o tym drobiazgu.
— Jakim?
— Żeby uprzedzić pana hrabiego.