— Gdzie go zaprowadziłeś?

— Do błękitnego salonu, tak jak ekscelencja rozkazał.

— Wybornie. Przynieś nam alicante i biszkopty.

Baptysta wyszedł.

— Doprawdy czuję się skrępowany — odezwał się Toskańczyk — że sprawiam panu tyle kłopotu.

— Ależ skąd!

Baptysta wrócił z kieliszkami, winem i biszkoptami.

Hrabia napełnił jeden kieliszek, a do drugiego nalał tylko kilka kropel rubinowego płynu; butelka była osnuta pajęczyną — co pewniej dowodzi wieku wina aniżeli zmarszczki na twarzy wieku człowieka.

Major nie pomylił się: zabrał się za pełny kieliszek i sięgnął po biszkopt, skosztował delikatnie alicante, na twarzy rozlała mu się błogość — i ostrożnie umoczył biszkopt w winie.

— Tak więc — zagadnął Monte Christo — mieszkasz pan w Lukce, jesteś bogaty, pochodzisz ze szlachetnego rodu, cieszysz się powszechnym szacunkiem, słowem masz wszystko, co człowiekowi jest potrzebne do szczęścia?